11/21/2017 12:38:00 PM

Prezenty dla azjatyckich maniaków

Prezenty dla azjatyckich maniaków
Kolejny rok prawie za nami, więc kolejna lista z prezentami musi pojawić się na blogu (listy z poprzednich lat: KLIK, KLIK). Muszę przyznać, że na początku miałam obawy czy co roku będę miała o czym pisać, ale bardzo mnie cieszy, że produkty z Azji są tak widoczne na polskim rynku. Mam nadzieję, że to oznacza, że Korea zagościła u nas na dobre, a ja co roku będę znajdowała pod choinką coś koreańskiego. 

Poniżej moja subiektywna lista, znajdziecie na niej produkty z polskich i zagranicznych sklepów.

1. Nauka koreańskiego - Talk To Me In Korean

Na polskim rynku nie ma jeszcze aż tak dużego wyboru jak za granicą, ale każdy uczący się koreańskiego na pewno którąś z tych publikacji posiada. Jak zwykle polecam Talk To Me In Korean. Trzeba kupić w sklepie internetowym, ale jest z czego wybierać więc nie będzie ryzyka, że kupicie coś co obdarowywany już posiada. Dla zaczynających przygodę proponuję: Talk To Me In Korean Level 1, My First 500 Korean Words lub Hangul Master. Osobiście zastanawiam się nad Your First Hanja Guide. To nowość i nie ma jeszcze wielu opinii, ale zapowiada się super.



2. Nauka koreańskiego z języka polskiego - Azjatycki Zakątek 

Do tej pory uczyłam się koreańskiego jedynie z angielskiego, więc bardzo mnie ta publikacja interesuje. Mam nadzieję, że jeszcze przed świętami znajdziecie na blogu moją recenzję tego kursu.




3. Ubrania i inne gadżety - allkpop

Wiernym fanom koreańskiego show biznesu raczej nie trzeba przedstawiać tej strony. Taki pudelek i tvn24 w jednym, wszystkie newsy, plotki i artykuły związane z kpopem i dramami. Allkpop posiada też sklep, w którym można kupić bardzo dużo ubrań (głównie koszulki i bluzy) z różnymi koreańskimi napisami. Przeważają oczywiście nawiązania do konkretnych zespołów, ale da się znaleźć też coś po prostu związanego z Koreą.

Już miałam w koszyku tę bluzę ale dostawa do PL niestety jest dość droga, więc opłaca się robić łączone zamówienia (kilka koleżanek i dzielicie się kosztem dostawy - działa i polecam :D)



4. Ubrania i inne gadżety - Libery in North Korea 

Tutaj też dostawa nie jest tania, ale działa wspólne zamawianie oraz wiedza o tym, że wszystkie Wasze pieniądze pójdą na cele charytatywne.


Robiłam tam zakupy już dwa razy i zamierzam to jeszcze powtórzyć. Do wyboru macie koszulki, bluzy, bidony, książki, naszywki i plakaty.

5. Ubrania i inne gadżety - Azjatycki Zakątek 

Wybór jest ogromny. Ja szaleję na punkcie Totoro, więc najpierw wyszukuję wszystkie rzeczy z nim związane :D



Ceny są przystępne, wyszukiwarka dobrze działa, a sklep jest dobrze zaopatrzony, więc każdy znajdzie coś dla siebie i ze swoim ulubionym bohaterem.

OSTyyyyy z Draaaaaaaaaaam <3 Dożyliśmy czasów, w których nie trzeba jechać do Korei lub zamawiać mega drogich przesyłek z Azji aby mieć w Polsce koreańską płytę <3


Azjatycki Zakątek

6. Gotowanie - Tradycje kulinarne Korei


Recenzję tej książki pisałam w maju - link - i swoje zdanie podtrzymuję. To jedyna taka książka na polskim rynku i zajmuje się tematem bardzo dokładnie. Dobra zarówno na pierwszy kontakt z kuchnią koreańską, jak i dla smakoszy, którzy już nie jedno kimchi jedli. 



6. Ubrania - sieciówki


Klimaty azjatyckie nadal na czasie, więc prawie w każdej sieciówce można znaleźć coś interesującego. Na prezenty nadają się bony, kimona, koszulki, swetry i dodatki.


Zara : link


Zara: link

7. Kosmetyki - Dr. G, Azjatycki Zakątek i wiele innych


Doczekaliśmy czasów, w których nasze ulubione koreańskie kosmetyki dostępne są w wielu sklepach, nawet tych stacjonarnych. Sporo promocji i dobre okazje znajdziecie też online. Dr.G ma obecnie sporo obniżek, św Mikołaj może skorzystać ;) Na mnie działają ładne opakowania. Maseczka w pojemniczku na mleko bananowe? Yes, please! 

Cocolita: link

8. Gotowanie - porcelana i przybory kuchenne - Azjatycki Zakątek, sklepy stacjonarne


Dużo świetniej japońskiej porcelany znajdziecie w... TK Maxx! Niestety sklep jest dostępny tylko w wybranych lokalizacjach, ale jeśli będziecie mieli okazję to polecam się tam rozejrzeć (mają też koreańskie kosmetyki). Jest też sporo sklepów online, a dzięki temu, że sushi jest w Polsce popularne, wybór jest spory.

pakamera: link

Azjatycki zakątek: link

link: decobazar

9. Komiksy i książki - Azjatycki Zakątek


Jak już pewnie pisałam wiele razy, książek nigdy za wiele. Moja koreańska biblioteczka liczy już wiele pozycji, również dzięki prezentom na święta, ale pojawia się coraz więcej publikacji, z którymi warto się zapoznać.


10. Gotowanie i jedzenie - cała masa sklepów


Może jestem dziwna, że ucieszyłabym się ze sfermentowanej kapusty zapakowanej w ładny papier, ale dobre kimchi to podstawa.  Mamy szczęście, że są Kuchnie Świata, allegro i takie sklepy jak Azjatycki Zakątek, gdzie można kupować koreańskie półprodukty w konkurencyjnych cenach. Marynata do bulgogi ratowała mi życie już nie raz. Niezależnie czy miałam pod ręką jakieś mięso czy tylko kostkę tofu marynata sprawdzała się idealnie. 

Azjatycki Zakątek

Dajcie znać gdzie jeszcze zaopatrujecie się w koreańskie produkty (odp: "W Korei" się nie liczy :D), co kupujecie najczęściej oraz jakie koreańskie (lub azjatyckie) produkty chcielibyście znaleźć pod choinką.

Z okazji zbliżających się świąt oraz szału zakupowego mamy dla Was kod rabatowy na zakupy w Azjatyckim Zakątku: myoppasblog2017

Kod rabatowy należy wpisać w polu "kupony" na stronie Azjatycki Zakątek gdy przejdzie się do koszyka i upoważnia on do rabatu 10% na cały asortyment, a ważny jest do 21 grudnia.


Polecamy zakupy online ze względu na możliwości ominięcia tłoków w sklepach, duży wybór oraz dobrą politykę zwrotów. Im wcześniej kupicie tym mniej problemów pod koniec grudnia ;) Zachęcamy do podzielenia się waszymi znaleziskami. Czekamy na zdjęcia i informacje, które produkty polecacie.

11/14/2017 03:32:00 PM

WARSAW KOREAN FILM FESTIVAL 2017- KOREAŃSKIE SMAKI I KIM HEE-JUNG

WARSAW KOREAN FILM FESTIVAL 2017- KOREAŃSKIE SMAKI I KIM HEE-JUNG
Właśnie zakończył się 3. Warszawski Festiwal Filmów Koreańskich, na którym mieliśmy okazję zobaczyć 12 filmów. O tych z sekcji „Hity ostatnich lat” przeczytacie we wcześniejszym poście KLIK, więc teraz skupimy się na pozostałych dwóch sekcjach: „Koreańskie Smaki” oraz „Fokus Kim Hee-Jung”.

Zacznijmy od Kim Hee-Jung, reżyserki intymnych, wielowymiarowych filmów, skupiających się na ludzkiej osobowości. Na festiwalu zaprezentowano jej dwa filmy pełnometrażowe „Cudowne lata” i „Ścieżki na śniegu” oraz dwa krótkie metraże, zrealizowanie w Szkole Filmowej w Łodzi, na której studiowała.

Oba długie metraże to filmy niezależne. „Ścieżki na śniegu” to opowieść o alkoholiku, który próbuje walczyć z chorobą w prowadzonym przez zakonnice domu. Mamy tu elementy katolicyzmu i szamanizmu, nie wiadomo co tak naprawdę jest snem, a co jawą. Z każdą minutą film intryguje bardziej i zmusza widza do samodzielnego ułożenia wszystkich puzzli. Koniec jest niejednoznaczny i pozostawia z polem do przemyśleń, ale mimo to film nie sili się na bycie "artystycznym". To dobre, przemyślane kino.


Z kolei „Cudowne lata” to historia nastolatki, która po śmierci ojca musi na nowo poukładać sobie życie, relacje z matką i szkolnymi przyjaciółmi. W Q&A po seansie reżyserka przyznała, że w dużej mierze film opiera się na jej własnych doświadczeniach. Krok po kroku poznajemy bohaterkę, jej myśli i problemy. Jest to film dobry, chociaż niestety nie polubiłam głowniej bohaterki, w przeciwieństwie do kolejnego filmu "The World of Us".


"The world of us" (pol. "Cały nasz świat") w reżyserii Yoon Ga-eun również jest historią zagubionej dziewczynki. Ponownie mamy wyobcowaną bohaterkę, która próbuje znaleźć przyjaźń, jednak ten film podobał mi się dużo bardziej. Bardzo wiarygodnie przedstawione relacje z róweśnikami, szkolne konflikty, kruche sojusze... oglądając film przypominałam sobie własne dzieciństwo. To dobry obraz koreańskiej, trochę bardziej okrutnej od polskiej, szkoły.


Również sekcja "Koreańskie smaki" pozwoliła nam na zapoznanie się z najnowszymi filmami kina niezależnego. Pierwszy był „On the Beach at Night Alone” (pol. „Samotnie na plaży pod wieczór”) w reżyserii Hong Sang-soo, czyli powolna opowieść o ucieczce przed własnymi uczuciami. Rozmowy na ulicach Hamburga, wieczorne popijawy nad koreańskim morzem. Mam problem z twórczością Hong Sang-soo. Uważam jego filmy za przegadane i często chaotyczne, a jednak cieszą się one ogromną popularnością na europejskich festiwalach filmowych. Również ten film wydaje mi się nudny, a oceniając filmy w pierwszej kolejności określam czy mi się podobają czy nie, a dopiero potem zagłębiam się w szczegóły: Dlaczego? Co sądzę o bohaterach i akcji? Itd.  Tym razem nie było najgorzej. Nie uważam filmu za dobry, ale jest zdecydowanie najlepszy z filmów Hong Sang-soo, które widziałam. Wydaje mi się, że w dużej mierze jest to zasługa bardzo dobrej gry Kim Min-hee (znana np. ze „Służącej”), która za tę rolę zdobyła Srebrnego Niedźwiedzia na tegorocznym Berlinale. To film niezależny, nie będzie podobać się każdemu, nawet nie większości, ale na pewno znajdzie wiernych fanów.


„The Firs Lap” (pol. „Pierwsze okrążenie”) Kim Dae-hwana, pojawił się w Warszawie jeszcze przed oficjalną premierą w Korei. Reżyser był gościem pierwszej edycji festiwalu z filmem „End of Winter” („Koniec zimy”). To kolejny bardzo festiwalowy film. Niewielki budżet, długie rozmowy, znowu albo pokochany przez widzów, albo odrzucony jako zbyt nudny. Część może doszukiwać się w nim nim drugiego dna. Autor nie formułuje konkretych tez, pokazując nam tylko kolejne sceny z życia dwójki 30-latków i ich rodzin. Mimo toczących się rozmów o potrzebie zmian, z ekranu bije stagnacja i niemożność tych zmian wprowadzenia. Film kończy się nie popychając życia bohaterów do przodu, wszystko na tle politycznych demonstracji przeciwko prezydent Park Geun-hye. Właśnie to polityczne tło może powodować moim zdaniem niepotrzebną nadinterpretację tego filmu i doszukiwanie się w nim większej głębi. To nie moje kino, ale reżyser zdobył za ten film nagrodę dla najlepszego nowego reżysera na festiwalu w Locarno, więc być może jednak pewna nadinterpretacja jest tu wskazana.


Na festiwalu pojawił się również klasyk koreańskiego kina "The Housemaid" z 1960 roku, ale więcej o nim napiszemy w kolejnym poście, tak jak i o naszych ogólnych wrażeniach z festiewalu.

Byliście w tym roku na festiwalu? Które filmy podobały Wam się najbardziej, a które najmniej?

11/08/2017 07:54:00 AM

Jak ugryźć koreańskie kino?

Jak ugryźć koreańskie kino?
Przychodzimy do Was z kolejnym postem gościnnym na temat koreańskiego kina (wcześniejszy znajdziecie TUTAJ). Kasia, autorki bloga HOW GEE ~ 하우지 (facebook), prawdziwego kompendium wiedzy na temat koreańskiej kinematografii, stworzyła dla Was krótki poradnik na temat tego jak zacząć swoją przygodę z kinem Kraju Porannego Spokoju. Czy Wy też kierujecie się tymi zasadami przy doborze filmów? Jaki był Wasz pierwszy koreański film?

***

cr: seecannes.com

Ruszyła właśnie trzecia edycja Warsaw Korean Film Festival, jedynego takiego festiwalu w Polsce poświęconemu kinematografii tego konkretnego państwa. Jest to idealna okazja do zobaczenia na wielkim ekranie ulubieńców znanych być może z seriali telewizyjnych lub poznania całkiem nowego, egzotycznego dotychczas kina z drugiego końca świata. Nieważne czy to będzie rzucenie się na głęboką wodę, czy wizyta w kinie z pewną już podkładką wiedzy, nasuwa się pytanie, co dalej, jeśli chce się dowiedzieć czegoś więcej na ten temat, ale nie wiadomo dokładnie skąd?

Po prawie dekadzie oglądania koreańskich filmów i napisaniu ponad pięciuset recenzji, z których tak naprawdę większość nie przekazuje niczego głębszego niż “podobało się” lub “nie podobało się”, wciąż jednak potrafię czerpać przyjemność z ich oglądania, a to dzięki wyrobionemu na przestrzeni lat mojemu “systemowi”. Oto kilka wskazówek dla tych, którzy zaciekawili się koreańskim kinem, ale nie wiedzą, z której strony je ugryźć.

1. Poznaj podstawy

Nie musisz od razu poznawać dogłębnie wszystkich pozycji listy top 100 koreańskich filmów według Korean Film Archive (źródło) lub najbardziej kasowych tytułów w historii (źródło; chociaż to prędzej czy później polecam - większość z nich nie bez powodu przyciągnęła tylu Koreańczyków do kin…). Opanowanie podstaw najnowszego kina koreańskiego, tzw. Koreańskiej Nowej Fali jest dość proste, gdyż większość tekstów źródłowych na ten temat rozpoczyna się właśnie od pierwszych wielkich komercyjnych sukcesów w latach 90., a te filmy są właśnie o wiele bardziej dostępne niż starsze tytuły dla filmowych “hardkorów”.

Być może przy okazji jakiegoś światowego festiwalu filmowego obiły się o uszy nazwiska Kim Ki Duka lub Hong Sang Soo, a od strony bardziej komercyjnej Park Chan Wooka, Bong Joon Ho albo Kim Ji Woona? Oklepane to? Jednak nie bez powodu są to najbardziej znani koreańscy reżyserowie na świecie, których każdy nowy film jest wart uwagi! Wielu kinomanów, nawet tych niekoniecznie zaznajomionych głębiej z koreańskim kinem, słyszało z pewnością o “Oldboyu” lub “Służącej”, ale myślę, że warto rzucić okiem na każdy inny film Park Chan Wooka, szczególnie rozpoczynające jego karierę “JSA: Joint Security Area”. Dodam przy tym jako ciekawostkę, że “Oldboy” wcale nie jest w Korei takim “największym klasykiem” jak poza granicami tego kraju - rodzimi krytycy najbardziej chwalą “Zagadkę zbrodni” (ang. “Memories of Murder”) w reżyserii Bong Joon Ho… W każdym razie łatwo zacząć od dobrych koreańskich filmów, szczególnie w Polsce - większość tych tytułów jest u nas dostępna na dvd w polskiej wersji językowej! To zaleta tego, że praktycznie wszystkie koreańskie filmy, które w ogóle trafiają do naszej dystrybucji, biorą się z europejskich festiwali filmowych.

"Oldboy", cr: flickfeast.co.uk

2. Kieruj się sprawdzonymi nazwiskami

Dobra, tak więc podstawy opanowane, ale filmografie wspomnianych wyżej reżyserów wcale nie są takie długie, więc co dalej? W tym momencie powinien się zacząć efekt domina, który przecież doskonale się sprawdza przy poznawaniu jakiejkolwiek kinematografii. Spodobał się jakiś aktor? Warto się przekonać, jak wypada w innych rolach! Obiło się o uszy, że jakiś film był wielkim hitem (dla przykładu “Weteran” wyświetlany na zeszłorocznej edycji Warsaw Korean Film Festival)? Warto sprawdzić czy dany reżyser tworzy inne tak dobre filmy, czy to był jednak jednorazowy sukces. W Korei pełno jest specjalistów od kina komercyjnego, których filmów raczej nie uświadczy się na zagranicznych festiwalach. Myślę, że nie wypada się zamykać jedynie w kręgu “kina wysokiego”, ponieważ to właśnie ze swoich blockbusterów słynie Korea.

Tutaj mam taką uwagę - sukces w koreańskich dramach (serialach) rzadko przekłada się na filmy, dlatego rozróżnia się w Korei “talenty” (dosłownie tłumacząc z kor. 탈렌트) - aktorów serialowych i osobowości telewizyjne oraz “aktorów” (kor. 배우 lub 연기자) czyli tych występujących w filmach. Łamacze niewieścich serc z koreańskich produkcji telewizyjnych to kiepski trop, jeśli chodzi o poznawanie tamtejszego kina, dlatego warto się dowiedzieć, kto dla odmiany rządzi kinowym box office. Nie jest tego wiele, bo “A-lista” aktorów w Korei jest krótka, ale mogę zagwarantować, że naprawdę wiele filmów z udziałem Ha Jung Woo, Hwang Jung Mina, Song Kang Ho, Choi Min Shika, Sol Kyung Goo, Jung Woo Sunga, Lee Jung Jae lub Kim Hye Soo (żeby nie przesadzać z ilością…) jest warta uwagi. Zresztą co roku podobne nazwiska są nominowane do największych nagród koreańskiego przemysłu filmowego… Warto je śledzić.

"Veteran", cr: asiasociety.org

3. Zakłady dla wprawionych

Jednak znowu w pewnym momencie można dojść do granicy, kiedy będzie się polegać na sprawdzonych ulubieńcach, nie dając miejsca dla niespodzianek. Dlatego właśnie od kilku lat śledzę nie tylko rozwój karier, ale także wyniki box office koreańskich kin (np. na stronie Hancinema). W większości przypadków przecież sprawdza się zasada, że wielkie hity stały się nimi, bo są to po prostu dobre lub przynajmniej “przyjemne w odbiorze” filmy... Kiedy zna się największe gwiazdy koreańskiego kina, można w ciemno obstawiać, że produkcje z ich udziałem będą hitowe, bo tak właśnie działa w Korei kult celebrytów. Jeśli dany film wcale nie staje się spodziewanym hitem, tzn. nie sprzedaje więcej niż 1 mln kinowych biletów, co jest bardzo ważną granicą, albo można zakładać, że w rzeczywistości okazał się być po prostu nieciekawy, albo że jest niedoceniany (jak np. tegoroczne “The Merciless”, pol. tytuł “Bezlitosny”, które niemniej jest nominowane w tym roku do wszystkich większych nagród).

Możecie się zapytać, po co w ogóle brać pod uwagę sukces pieniężny filmu, skoro nie powinno to tak naprawdę wpływać na osobisty odbiór filmu, ale gwarantuję wam, że takie zakłady mogą dać niezły przedsmak tego, czego można się spodziewać. Aby poprzeć to innym przykładem, w tym roku największym niespodziewanym hitem stało się “Crime City”/”The Outlaws” z Ma Dong Seokiem i Yoon Kye Sangiem - niekoniecznie najbardziej “bankowymi” gwiazdami. Przez to właśnie mam całkiem spore oczekiwania wobec tego filmu, który w innym przypadku po prostu obejrzałabym z automatu.

Jeśli liczby to nie wasza bajka, pozostaje tylko jedna rada - dużo czytać. Internet to w końcu nieprzebrane źródło informacji, więc warto poczytać “coś więcej” na temat historii koreańskiego kina, przeglądać najnowsze recenzje i śledzić filmowe newsy.

"The Mercilles", cr: hollywoodreporter.com

Rozpoczynając swoją przygodę z koreańskim kinem lub będąc już w pewnym stopniu “zaawansowania”, łatwo natrafić na przysłowiową ścianę, kiedy nie czerpie się już takiej przyjemności z oglądania filmów, jak na początku albo filmografia ulubionego aktora/reżysera szybko się kończy. Warto pamiętać o jednej (bardzo oczywistej w sumie…) rzeczy - koreańska kinematografia, proklamowana jako antyteza Hollywoodu, powiew świeżości na światowej mapie filmów i zarazem wielkie sukcesy komercyjne, to nie jest niekończące się pasmo cudów. Koreańskie konglomeraty zbudowały swoje własne “fabryki snów”, w których tworzy się wykalkulowane blockbustery, niemniej ich charakterystyczne mieszanie gatunków wzbudza lepszy odbiór niż w przypadku ogranych już filmów o superbohaterach, które w koreańskim wydaniu praktycznie nie istnieją (bo po co, Marvel i DC są tam tak samo popularne jak wszędzie indziej). Na setki produkowanych w Korei filmów rocznie, tych naprawdę wartych włożenia między współczesne klasyki znajdzie się kilka, a reszta, którą można nazwać “naprawdę dobrą”, będzie liczona w ilości około kilkunastu. Innymi słowy trzeba być przygotowanym na rozczarowania, oglądając koreańskie filmy, ale wciąż ta garstka wspaniałych filmów pojawiających się rokrocznie sprawia, iż jest to hobby, od którego ciężko się oderwać.

Przydatne linki:

Na Twitterze:

10/28/2017 08:57:00 AM

„Hity ostatnich lat” na WKFF

„Hity ostatnich lat” na WKFF


Dziś zapraszamy Was na gościnny post Krzysztofa Karnkowskiego z Czarnowłose zjawy i ich nawiedzone telefony (warto do niego zajrzeć jeżeli szukacie dobrych recenzji koreańskiego, i nie tylko, kina) na temat sekcji "Hity ostatnich lat" na zbliżającym się Warsaw Korean Film Festival (7-13 listopada, Kino Kultura).

Miłego czytania! Dajcie znać w komentarzach czy widzieliście któreś z tych filmów i czy wybieracie się na festiwal.

***




Hity ostatnich lat” na WKFF

W listopadzie po raz trzeci odbędzie się Warsaw Korean Film Festival. Po raz pierwszy seanse nie będą darmowe. Choć filmów na liście sporo, niestety dość skromnie (choć całkiem ciekawie, o czym za chwilę) wypada sekcja „Hity ostatnich lat”. Szkoda o tyle, że dobrych filmów po drodze pojawiło się przecież bardzo dużo, a nawet te, które zapowiadane były hucznie, jako szykowane do polskiej dystrybucji, z reguły znikały gdzieś w niszowych kinach i nieprzyjaznych godzinach. Ot, taki „Lament”, w Warszawie zagrany był tylko w jednym kinie, za to aż dwa razy. „Gra cieni” podobnie. Nie ma się co oszukiwać, sytuacja fana koreańskich filmów, chcącego obejrzeć coś na legalu i w kinie, jest ciągle nie do pozazdroszczenia. Festiwale sytuację oczywiście trochę poprawiają, ale apetyty są ogromne, a oferta cały czas skromna.

Co więc zobaczymy w przeglądzie kinowych przebojów? Tylko cztery filmy – „Prawda jest inna” (tytuł międzynarodowy „The truth beneath”); „Miłość i kłamstwa” („Love, lies”), „Panią zło” (The Villainess”), wreszcie „Tunel” („The Tunnel”). Nie zobaczymy natomiast „Taksówkarza”, choć spodziewać można się go było po zobaczeniu pierwszej wersji plakatu, z której patrzył na nas odgrywający tytułową rolę Kang Ho-song. Szkoda, ale może innym razem.

Każdy z prezentowanej czwórki obraz reprezentuje jakieś szersze zjawisko, bądź nurt w koreańskim kinie. „Miłość i kłamstwa” (reż. Park Heung-sik) to komercyjny i melodramatyczny odprysk mody na pokazywanie na ekranie wydarzeń, związanych z japońską okupacją Korei i jej konsekwencjami dla mieszkańców. Polscy widzowie mogli zobaczyć dotąd na ekranach przede wszystkim atrakcyjne, sensacyjne i spektakularne obrazy umieszczone w realiach koreańskiej walki narodowo-wyzwoleńczej („Assassination”, „Age of Shadows”, kilka lat wcześniej – „Dobry, zły i zakręcony”). W Korei pojawił się też głośny dramat społeczny „Spirit’s homecoming”, lecz czasy japońskiej okupacji mogły stworzyć nawet ciekawe tło do horroru, jak stało się w przypadku „Silenced” (nie mylić ze starszym filmem pod tym samym tytułem, opowiadającym o zmowie milczenia wokół przypadków pedofilii). Mamy wreszcie dwa filmy oparte na faktach – smutną historię więzionej przez Japończyków, doprowadzonej do szaleństwa księżniczki Deokhye, opowiedzianą w „Last Princess” i „Anarchist from Colony”, opowiadającej, zgodnie z tytułem, o przywódcy działających w Japonii koreańskich anarchistów i jego procesie sądowym, który wymknął się spod kontroli. „Miłość i kłamstwa”, na ile udało mi się zorientować w tekstach autorów obeznanych z tematem, od realiów historycznych jest raczej odległy. Historia dwóch przyjaciółek (Han Hyo-joo, Chun Woo-hee), rywalizujących ze sobą o względy mężczyzny (Yoo Yeon-seok), mogącego ułatwić karierę tylko jednej z nich, z wielką polityką w tle, ogląda się jednak dobrze, w czym pomagają atrakcyjne zdjęcia i obsada, a także spora dawka stylowej muzyki z epoki. Ciekawy jest też obraz przemysłu muzycznego sprzed kilkudziesięciu lat, w którym odnajdziemy wszystkie ciemne strony dzisiejszych fabryk k-popu.


„Prawda jest inna” (reż. Lee Kyoung-mi) z pozoru może wydawać się thrillerem politycznym – zawiązanie akcji to zniknięcie córki kandydata na ważne stanowisko, tropy zdają się prowadzić do konkurencji… Cóż, prawda jest inna. Dowiemy się, wraz z poszukującą córki i logicznego wyjaśnienia co się właściwie wydarzyło, matką (Son Ye-jin), co naprawdę działo się w szkole, a także wszędzie indziej, oczywiście za jej plecami. Razem z nią będziemy pomału osuwać się w szaleństwo, by na koniec odkryć jeszcze bardziej okrutną tajemnicę. To chyba najtrudniejszy z całej czwórki film, zarazem jednak bardzo dobry i doceniony przez krytykę.


Trzeci seans w ramach prezentowanych polskiej publiczności hitów, będzie prawdopodobnie największym wydarzeniem. „The Villainess” to film, w którym jest wszystko, co chcą w koreańskiej produkcji znaleźć fani „Trylogii zemsty” Park Chan-wooka, nie znający poza tym oferty koreańskiej kinematografii. Wybranie na polski tytuł nawiązującego do jego filmu tytułu „Pani Zło” pokazuje, że taki właśnie jest pomysł na promocję filmu Jung Byung-gila. Głębokie i intensywne barwy, atrakcyjne, wyestetyzowane, a zarazem ekstremalne ujęcia przemocy – co więcej, chwilami naprawdę nowatorskie, kilku rzeczy jeszcze nie widzieliśmy! – jest tu wszystko, spięte niszczącą zemstą młodej i atrakcyjnej bohaterki (Kim Ok-bin) i jej walką z tajemniczym przeciwnikiem, którego intencji bardzo długo nie znamy. Fabuła jest tu tak naprawdę pretekstowa, dziewczyna musi dostać jakiś powód, by się mścić, jakoś trzeba też uzasadnić kolejne intrygujące miejsca i pojawiające się w nich postacie, ale nie oszukujmy się, nie o fabułę tu chodzi.


Ostatni film, który zobaczymy na festiwalu, to „Tunel” Kim Seong-Huna. Katastrofa promu Sewol według opinii publicznej nie została w pełni wyjaśniona, a co więcej, pokazała bardzo wiele patologii koreańskiego społeczeństwa. Odpowiedzią kina była seria filmów, pokazujących Koreę Południową jako piekło korupcji, na co nałożyła się jeszcze narastająca atmosfera upadku skompromitowanej prezydent Park Geun-hye. Duch tej degrengolady łączy takie dzieła jak opowiadający o wymiarze sprawiedliwości „The King”, pokazujący piramidę finansową w stylu naszego Amber Gold „Master”, oraz dwa filmy katastroficzne – „Pandorę” o awarii w elektrowni atomowej i „Tunel” właśnie. „Tunel” to klaustrofobiczna historia kierowcy, przysypanego zwaloną na niego potężną górą (Ha Jung-woo) oraz jego żony (Bae Doo-na), próbującej przebić się przez równie potężne zwały obojętności, korupcji i propagandy. Uwaga – ten „Tunel” nie ma nic wspólnego ani z popularnym serialem pod tym samym tytułem, ani mniej znanym, ale całkiem udanym horrorem „Tunnel 3D” sprzed kilku lat.


Na koniec trzeba wspomnieć o „Taksówkarzu” Jang Hoona, którego, nie wiedzieć czemu, ostatecznie nie zobaczymy. To wstrząsający, z rozmachem zrealizowany film, którego tłem jest jeden z bardziej ponurych epizodów historii najnowszej Korei, masakra w Kwangju w 1980 roku. W 1980 roku doszło tam do protestów, brutalnie stłumionych przez wojsko. Według różnych źródeł zginąć mogło od 200 do nawet 2000 osób. Od władzy odsunięty został urzędujący wówczas prezydent Choi, który próbował złagodzić trochę ówczesny reżim, zastąpił go zaś twardogłowy wojskowy Chun, rządzący do 1987. Mogliśmy już trochę poznać ten temat, również pod kątem ciekawego dla polskiego widza wątku nierozliczenia sprawców w filmie „26 lat”. „Taksówkarz” oparty jest na autentycznej historii niemieckiego dziennikarza, który dostaje się do zablokowanego przez armię miasta, pakuje się w sam środek masakry, po czym ujawnia światu niewygodną dla władz prawdę. Tytułowy bohater to zaś zwykły, nieinteresujący się polityką kierowca taksówki z Seulu, który podstępem pozbawia innego kolegi na pozór intratnego zlecenia i w ten sposób trafia w sam środek piekła. Dla niego, patrioty, a zarazem naiwnego konsumenta rządowej propagandy, zupełnie niepojętego. Co ciekawe, Kang-ho Song powtarza tu w pewnym sensie swoją rolę z „The Attorney”, w którym droga adwokata – sympatycznego cwaniaka, do stania się czołowym obrońcą w procesie politycznym, a w konsekwencji prezydentem demokratycznej już Korei, była bardzo podobna. „Taksówkarz” nie jest przy tym wyłącznie ponurym dramatem, do pewnego momentu ma w sobie coś z komedii sytuacyjnej, zaś później, gdy groza narasta, jest bardzo widowiskowy. Scena, taka jak pościg wojskowych gazików i taksówek to marzenie każdego reżysera sensacji. Mam nadzieję, że jeszcze będzie okazja zobaczyć to w kinie, z drugiej strony, skoro nie zadbał o to żaden z tegorocznych festiwali, może być różnie. Tymczasem przed nami cztery opisane wyżej filmy i kilka innych, zebranych w bloki tematyczne. Do zobaczenia w kinie Kultura.

10/20/2017 07:45:00 AM

Cafe Crystal

Cafe Crystal
I jest. Na mapie Warszawy pojawił się nowy lokal- Cafe Crystal, czyli kawiarnia z tradycyjnymi koreańskimi deserami. Serwowane jest tu bingsu (빙수), dosłownie kruszony lód/śnieżny puch i to właśnie jest gwiazda Cafe Crystal, którego nazwa ma się kojarzyć z kryształkami śniegu.


Podpytana przez nas właścicielka powiedziała, że Koreańczycy uwielbiają bingsu i jedzą je na okrągło, a teraz chcą przedstawić Polakom te przepyszne desery i są przekonani, że ludzie je polubią.

Coś w tym jest. Nasze podróże do Korei obowiązkowo wiążą się z bingsu, które nadaje się też świetnie na tort urodzinowy, ale to już historia na inny post ;)

W kawiarni znajduje się specjalna, sprowadzona z Korei, maszyna do deserów. Lody są lekkie, mają właśnie taką konsystencję śniegu. Ich bazą jest mleko, a dzięki temu, że nie są tak zbite jak zwyczajne lody są zdecydowanie mniej kaloryczne i zawierają mniej tłuszczu niż desery na śmietanie.



Po tym krótkim wprowadzeniu czas na recenzję lokalu. Szczegóły tego na jakiej zasadzie oceniamy restauracje znajdziecie TUTAJ.

Zacznijmy od ogólnego pierwszego wrażenia, które jest wyjątkowo pozytywne. Kawiarnia jest przestronna, świeża, ładnie urządzona. Duży plus za wysokie sufity, lubię takie wnętrza. 



Kolejnym ważnym komponentem jest obsługa. Bariści są mili i zorientowani w menu. Kiedy tam byłyśmy nie było dużego ruchu, więc nie czekałyśmy długo na zamówienie, ale sprawdzimy też lokal w godzinach szczytu, żeby zobaczyć czy obsługa jest wtedy tak samo sprawna.

Czas na ocenę jedzenia, czyli tego o co nam wszystkim chodzi. Poza dużym wyborem kaw i herbat na chwilę obecną w menu jest 5 rodzajów bingsu oraz ciasta i kanapki.



Estetyka podania na piątkę. Jemy oczyma, a te desery zdecydowanie chce się jeść.



Do tego dochodzi element zabawy. Kawiarnia posiada maszynę do "drukowania" zdjęć na kawie latte. Chociaż z drugiej strony to dość specyficzne wrażenie pić napój ze swoją twarzą.

Dumny barista  ze swoją kawą

A smak? Pycha! Próbowałyśmy bingsu z truskawką i z sernikiem i oba desery były smaczne. W kolejce czekają jeszcze do wypróbowania oreo, tiramisu i jogurtowe z aronią.



Ceny są umiarkowane. Małe bingsu kosztuje 18zł i ta mała porcja spokojnie starcza na dwie osoby, duże to koszt 32 zł. Ceny kaw i herbat wahają się w granicach 6-14zł.

Na ile ocenia lokal Oppa? Rzadko się to zdarza, ale w tym wypadku dajemy 4.5/5. Wystrój, obsługa, ceny i menu są dobre. Jest smacznie, atmosfera jest przyjemna, na pewno będziemy odwiedzać to miejsce w przyszłości. Czemu w takim razie nie 5/5? Na zachętę, bo zdecydowanie chcemy więcej smaków bingsu!


Informacje praktyczne:

  • Adres: ulica Nowogrodzka 22, 00-511 Warszawa
  • Godziny otwarcia: 07:00-23:00 (od pon. do niedz.)
  • Strona internetowa: Facebook- Cafe Crystal


Ocena Oppy:


*zdjęcia dzięki uprzejmości Cafe Crystal

10/16/2017 12:31:00 PM

Górski spacer

Górski spacer
Późnojesienny poranek. Z ust wydobywają się obłoczki pary, zacieram ręce w za cienkich rękawiczkach i głębiej naciągam czapkę. Przed chwilą wysiadłam z prawie pustego autobusu u stóp góry.


Dokładnie przede mną piętrzą się monumentalne szczyty, których pofałdowane zbocza odbijają pierwsze promienie słońca. Mijam staruszkę, która już kilka godzin temu przyjechała tu ze swoim małym wózeczkiem i sprzedaje pieczone kasztany. Zamiast do niej, podchodzę do kolejnego straganu i kupuję pięć małych rybek wypełnionych nadzieniem z czerwonej fasoli. Jeszcze przez chwilę maszeruję słoneczną drogą, ale zaraz skręcam między drzewa.


Las jest cichy i spokojny. Żadnych ludzi i hałasu. Powoli wspinam się coraz wyżej podziwiając prześwitujące między koronami drzew góry. Drogę przebiega mi wiewiórka, gdzieś wysoko słyszę nieśmiałe trele ptaków. W oddali między sosnami widzę drewniane dachy. Zbliżam się do świątyni.



Staję przed drewnianą bramą i z zadartą głową podziwiam niesamowite detale. Na tle czerwieni i zieleni desek rosną kwiaty lotosu i bambusy, latają żurawie i mityczne bestie. Przekraczam symboliczną bramę i wkraczam na teren Buddy. 



Wciąż jestem w lesie, ale jest jakby inaczej. Na poboczach drogi pojawiają się małe stosy kamieni, wota wiernych o pomyślność i szczęście. Docieram do zabudowań. Przy wejściu witają mnie czterej Niebiańscy Królowie, widzący i karzący za wszelkie zło, strzegą świątyni przed demonami. Ich wykrzywione grymasem złości twarze i barwne szaty przywodzą mi na myśl dawno czytane bajki.



Wchodzę na teren świątyni i doświadczam kolejnego magicznego momentu. Stojąc samotnie pośrodku pustego placu czuję, że znalazłam się w innym świecie. Bez ludzi, dźwięków, ciągłego pędu. Powoli wędruję między pawilonami. Jest tu pusto i spokojnie, zupełnie inaczej niż w popularnych świątyniach w centrum miasta, zawsze pełnych turystów i wiernych. Nieniepokojona przez nikogo z bliska oglądam wszystkie zabudowania. W głównej sali modlitewnej podziwiam spokojnego Buddę Sakyamuni, kawałek dalej mijam kwatery mnichów.



Żałuję, że muszę wracać. Za kilka godzin znowu znajdę się w centrum miasta. Seul otoczy mnie swoimi hałasami i kolorami. Jednak wtapiając się w wiecznie pędzący tłum, cały czas będę myślami przy tej małej górskiej świątyni, przesiąkniętej wonią kadzideł i wypełnionej rytmicznymi modlitwami.
Copyright © 2016 My Oppa's Blog , Blogger